
W szkole podstawowej do pewnego momentu zachowywałem się poprawnie, a można by powiedzieć, że i wzorowo, co uwidaczniało się w ocenach z zachowania na świadectwie szkolnym. Sytuacja zmieniła się diametralnie w klasach siódmej i ósmej, za co nie do końca byłem odpowiedzialny. W tym wieku chłopcom po prostu nieco odbija palma, że pozwolę sobie na kolokwializm.
Miałem wrażenie, że nauczyciele nawet nie byli tym specjalnie zdziwieni. Dostawałem do dzienniczka uwagę za uwagą (np. „Uczeń pluje z okna na innego ucznia”), wylatywałem z klasy (w moim czasach tak nauczyciele radzili sobie z niesfornymi uczniami), a raz dostałem liniałem w tyłek od dyrektora (nasz dyro miał swoje autorskie metody wychowawcze, które na szczęście wdrażał dosyć rzadko). Niestety, za obniżeniem jakości mojego zachowania nie poszło obniżenie jakości mojego kształcenia się, co przysparzało nauczycielom mnóstwa kłopotów.
Cały czas dostawałem czwórki i piątki oraz – co gorsza – byłem najlepszym uczniem w klasie! W dodatku w tym samym mniej więcej czasie zacząłem z kolegą (jednym z najsilniejszych chłopaków w szkole i też niezbyt grzecznym) pomagać pewnemu starszemu panu, który nie miał nogi i poruszał się na wózku.
Kilka razy w tygodniu robiliśmy mu zakupy, przynosiliśmy węgiel z piwnicy, a czasem i paplaliśmy z godzinę o tym i owym, bo pan był samotny i spragniony towarzystwa. Nie pamiętam już nawet, kto nam tę „robotę” naraił (dodam, że grosza za to nie dostawaliśmy), ale ten nasz wolontariat trwał dobre pół roku, a może i dłużej.
Kiedy kończyła się siódma klasa i przyszło do wystawiania ocen z zachowania, nasza wychowawczyni (niezbyt przez nas lubiana) zaproponowała mnie i koledze oceny nieodpowiednie z zachowania. Bo to, bo tamto, bo siamto. I trudno byłoby tym argumentom nie przyznać racji. Kolega, mimo dużego wzrostu, uczył się raczej średnio, ale w moim wypadku ocenia nieodpowiednia przekreślała szanse na otrzymanie świadectwa z czerwonym paskiem. Wychowawczyni nie bardzo się tym przejęła, lecz innym nauczycielom zrobiło się trochę żal. Nie wiem, jakim cudem, lecz informacja o naszym wolontariacie doszła do uszu dyrektora. Dyro podobno walnął na radzie pedagogicznej pięścią w stół i powiedział, że nie ma mowy, aby uczniowie, którzy przez pół roku pomagali inwalidzie, dostali nieodpowiedni z zachowania! I dostaliśmy po ocenie wyróżniającej. Bo według dyrektora ta nasza wielomiesięczna pomoc nie tyle zrównoważyła, co wręcz znacznie przewyższyła wszystkie nasze szkolne winy i uchybienia. Nawet plucie z okna na innego ucznia.
Ale dzisiaj już pewnie na taką ocenę nie moglibyśmy liczyć. W szkołach stosuje się punktowy system oceniania, który ma zobiektywizować ocenę z zachowania. Na początku roku uczeń dostaje domyślną liczbę punktów, od której się potem je odejmuje lub do której się je dodaje. To, ile punktów dodatnich lub ujemnych można dostać za określoną aktywność, jest sprawą umowną. I tak w niektórych szkołach udział w bójce „wyceniono” tylko na dziesięć punktów ujemnych, a brak stroju galowego na szkolnej uroczystości – aż na minus trzydzieści punktów! Zatem spryciarze z jako tako opanowaną podstawową matematyką mogą sobie robić pewne kalkulacje. Na przykład: dam po lekcjach w łeb Jankowi, za co dostanę minus dziesięć punktów, ale poproszę mamę, żeby upiekła ciasto na szkolną imprezę, za co dostanę plus dwadzieścia punktów. To mam dziesięć punków w zapasie. Mogę więc albo jeszcze raz przyłożyć Jankowi, tym razem choćby i przed lekcjami, albo przynieść na lekcję polskiego podręcznik bez okładki (co też jest oceniane jako uchybienie), bo ją gdzieś w domu posiałem. I będę na zero. Czad!
Wyczytałem w prasie, że w jednej z katowickich szkół za aktywność społeczną przez cały semestr można dostać tylko 5 punktów (sic!). Nasz wolontariat by się pod to kwalifikował. Nie wiem, ile dostaje się dzisiaj za plucie z okna na innego ucznia (dodajmy, że tenże uczeń rzucał we mnie kamieniami), ale pewnie by się to nie zrównoważyło. Na świadectwie ukończenia siódmej klasy miałbym więc dzisiaj ocenę nieodpowiednią…
Paweł Mazur