
Znowu się okazuje, że lata 70. to najlepsza dekada w historii świata, a przynajmniej naszej jego części. Po prostu złote czasy. Wymienię tylko trzy przykłady: najlepsza muzyka rockowa, najwybitniejsze osiągnięcia sportowe naszych rodaków i… wysyp talentów nauczycielskich nad Wisłą! Być może w porównaniu z Pink Floyd i kadrą Kazimierza Górskiego ta trzecia kategoria nie przebiła się jakoś mocniej do świadomości Polaków, ale fakty mówią same za siebie.
Otóż największą grupę obecnie pracujących nauczycieli stanowią 45–55-latkowie, czyli urodzeni właśnie w latach 70. Jest ich według raportu IBE prawie połowa. Z kolei nauczycieli, którzy jeszcze nie ukończyli trzydziestego roku życia, jest zaledwie 4%.
Gdy ja kończyłem studia polonistyczne, wybór specjalizacji pedagogicznej był oczywisty. Na palcach jednej ręki można było policzyć koleżanki i kolegów, którzy nie wybierali tej specjalizacji i od razu zakładali, że nauczycielami nie będą. Wydawali się wówczas wielkimi oryginałami, bo przecież wielkiego wyboru nie było, a obciążenia zajęciami na specjalizacji nauczycielskiej, co tu dużo mówić, nie przytłaczały jakoś szczególnie. Tymczasem obecnie jest zupełnie odwrotnie – zaledwie kilka procent studentów wiąże swoją przyszłość ze szkołą. I dziś to oni muszą się swoim kolegom wydawać dziwakami. Co mogło się stać, że nastąpił aż taki odwrót od zawodu?
Może to mało reprezentatywna próba, bo przykład własnego dziecka, ale mojej córce także łatwo byłoby skończyć specjalizację pedagogiczną, na przykład na biologii, którą między innymi studiowała. Ale od początku wiedziała, że tego nie zrobi. Dlaczego? Otóż dość napatrzyła się na nauczycielski los w rodzinnym domu. Na wieczną pracę po godzinach nad stertami papierzysk. Na rozterki, jak postąpić z trudnym uczniem, żeby wyszedł na prostą. Na użeranie się z rodzicami, którzy wiedzą lepiej. Na biurokratyczny mętlik przepisów i dokumentów. Na marny budżet domowy. I wreszcie na dzielenie się czasem rodzicielki z obcymi dziećmi. Można się zniechęcić? Można, można.
A ci dzisiejsi nauczyciele przed trzydziestką, których jest zaledwie 4%, urodzili się na przełomie wieków, a więc w czasie, kiedy pokolenie nauczycielskiego baby boomu z lat 70. zaczęło zakładać rodziny i mieć własne dzieci. Myślę, że przypadek mojej zniechęconej do nauczycielstwa córki nie jest odosobniony i często dzieci nauczycieli z pokolenia lat 70. nie chcą być nauczycielami. Pedagogiczna sztafeta pokoleń się urwała.
A kto miałby w zamian zasilić szeregi? Może ci pomysłowi chłopcy od kosza na śmieci w jednym z techników? Czy dzieci życzeniowych rodziców, którzy za wszelkie niepowodzenia szkolne swoich pociech oskarżają nauczycieli? Czy wreszcie dzieci polityków, którzy… Ale może bez polityki.
Ryszard Bieńkowski (rocznik 1971)