Postaw na edukację

29.04.2026

Idzie niż

Czyli o mnożeniu (się)

Idzie niż

Dużo się ostatnio mówi o nadchodzącym niżu demograficznym, najczęściej w kontekście funkcjonowania dwóch instytucji – szkół i ZUS-u. W pierwszej z nich już niedługo zabraknie uczniów (w stosunku do liczby pobudowanych szkół), a w drugiej – płatników składek emerytalnych (w stosunku do rozmachu, z jakim pobudowano zusowskie gmachy). I jeden, i drugi niedobór nie jest nikomu na rękę: ani ludziom, ani politykom. O, przepraszam, wyszło trochę niezręcznie.

Politycy, jak można od czasu do czasu usłyszeć, mają na ten kłopot w zasadzie jedną radę. Apelują do młodych Polaków: mnóżcie się! Nie przejmujcie się niedostatkiem, brakiem mieszkania, marnymi zarobkami, piramidalnymi kosztami kredytu, niestabilną pracą, znikającymi zawodami i generalną niepewnością jutra spowodowaną wojnami, które od czasu do czasu wybuchają… Kiedyś też były wojny, a wasi dziadkowie mieli dużo dzieci.

To jest taka dobra rada, że aż nie wiadomo, co z nią zrobić. Na szczęście jestem już w takim wieku, że nie muszę rozważać „za” i „przeciw”.

Nie wiem, jak poprawić funkcjonowanie ZUS-u (a już niedługo kondycja tego urzędu będzie mnie bardzo obchodzić), ale w szkołach można by się chyba przygotować na nadejście nieuchronnego? I nie mam tu na myśli najprostszego wyjścia, czyli planowanej likwidacji placówek. Tylko coś zupełnie odwrotnego – poprawienie jakości ich funkcjonowania.

Kto powiedział, że 35-osobowe klasy to musi być norma? Może dałoby się usankcjonować na przykład 15-osobowe klasy. Niech ilość przejdzie w jakość.  W 15-osobowej klasie da się zrealizować nawet tę edukacyjną mrzonkę modną od jakichś 20 lat, czyli indywidualizację nauczania. Albo wprowadzić ocenę opisową, która przy 35 osobach w klasie mocno nadwyręża pewną sekwencję przycisków na klawiaturze, a i cieśń nadgarstka może wywołać. Nie mówię już nawet o eksperymentach w pracowniach przyrodniczych czy bezpiecznych wyjściach w teren, które zapowiada nowa podstawa programowa. Na korytarzach zrobi się luźniej i spokojniej, w toaletach czyściej.

Ilość w jakość. A jakość to też godna pensja – nie za szarpanie się z nadgodzinami, tylko za uczciwy etat.

A jaki może być tego uboczny, niespodziewany efekt? Nauczyciele odzyskają wokal, struny głosowe im się zregenerują, zelżeje stres związany z nadreprezentacją trudnych uczniów w klasie, ubędzie pracy po godzinach nad sprawdzaniem klasówek i zeszytów, przygotowywaniem zadań pod konkretne deficyty uczniów, słuch się poprawi (chociaż może też nastąpić szok spowodowany ciszą na korytarzu), niezadowolenie rodziców zelżeje, bo potencjał ich dziecka zostanie dostrzeżony przez nauczyciela. Słowem: kadra odżyje (choć raczej nie odmłodnieje i nie wróci do wieku reprodukcyjnego, aż tak dobrze nie będzie).

Ale może wtedy młodzi przed 30 rokiem życia, których obecnie w szkołach jest 3%, pomyślą o nauczycielstwie jako swojej zawodowej ścieżce? Bo dzięki rozsądnej liczebności klas zniknie nerwówka, żeby zdążyć z materiałem, zarobki będą dobre, atmosfera miła, rodzice wspierający, korytarze bezpieczne.

A kiedy młodzi nauczyciele poczują, że praca sprawia im satysfakcję, stać ich na kredyt mieszkaniowy, mają czas dla siebie i nie prowadzą codziennej walki o przetrwanie – to może chętniej pomyślą o tym, że warto wydawać dzieci na świat, bo w końcu nie jest on taki zły.

I dzietność przynajmniej w tej grupie zawodowej wzrośnie. A ZUS jaki będzie zadowolony!

pomarzył Ryszard Bieńkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.