Postaw na edukację

19.06.2026

Coś się kończy, coś zaczyna

I fajnie by było, gdyby fajnie było

Coś się kończy, coś zaczyna

Za tydzień zakończy się rok szkolny, uczniowie ostatnich klas pójdą w świat – do nowych szkół, na uczelnie, do pracy lub na bezrobocie (nie kraczę, po prostu wspominam). Zamkną całkiem obszerny rozdział swojego życia i chociaż prawdopodobnie dziś jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy, za jakiś czas przyjdzie im do głów taka myśl, że był to dla nich całkiem niezły okres. Niestety, nie do powtórzenia w dorosłym świecie.

Dlatego dla młodszych absolwentów, przed którymi rozpościerają się jeszcze kolejne szczeble edukacji, najlepsza rada jest taka, żeby oprócz pragmatycznego liczenia punktów rekrutacyjnych zdobyli się na odrobinę romantyzmu i wybrali szkołę czy uczelnię, w której będzie im po prostu fajnie.

Niezbyt to precyzyjne określenie, ale w romantyzmie chodzi przecież o „czucie i wiarę”, nie zaś o „szkiełko i oko”. A każdy chyba czuje różnicę między fajnie a niefajnie. To jest taka różnica jak między wyścigiem szczurów a wolnością myślenia. Albo między brakiem czasu na cokolwiek a czasem na hobby. Albo między wyborem z menu w restauracji a daniem dnia w stołówce. Akurat z dania dnia w stołówce albo barze mlecznym sam lubię od czasu do czasu korzystać, co tylko pokazuje, że dla niektórych może to być całkiem fajna opcja – jeśli jest aplikowana od czasu do czasu. Tak jak do przyjęcia jest też wyścig szczurów na krótkim dystansie i spina czasowa, kiedy inaczej się nie da. Ale nie wierzę, by życie w takich realiach ktoś uznałby za fajne bez alternatywy w postaci większej swobody.

Za to znam młodych ludzi, dla których wybór szkoły opartej na kulcie pracy, wręcz orki, okazał się początkiem problemów emocjonalnych i psychicznych.

W nowym rozdaniu edukacyjnym, czyli w myśl założeń Kompasu Jutra, kształcenie ma iść w stronę kompetencji przyszłości i wszczepiania uczniom zdolności do bycia sprawczymi. I jeśli uznać to za postulaty ogólne, to nie ma się z czym sprzeczać – dobrze jest patrzeć na horyzont i przewidywać, co jest dalej, poza nim. Dobrze też umieć przekuwać marzenia w czyny. Ale boję się, że w warstwie wykonawczej, czyli po sprowadzeniu do realiów szkolnych, te dwa postulaty zostaną zrozumiane następująco: uczmy tylko tego, co się przyda, i nie uczmy teorii, tylko praktyki.

To nie jest nic nowego, zawsze istniały takie poglądy na edukację. Zwłaszcza wśród leniwych uczniów oraz wśród wielu ich rodziców, którym w szkole też nie szło – a gdy się okazało, że w dorosłym życiu można się obejść bez znajomości Nad Niemnem, uznali, że zmuszanie ich do czytania Orzeszkowej było tyranią, bo do niczego praktycznego nie przydała im się ta sielska opowieść. Tylko pytanie, czy na pewno im się nie przydała? Kto to sprawdzi i jak?

Czy bardziej sprawcza będzie nauka liczenia kołków w ogrodzeniu, czyli na konkretnym przykładzie, czy raczej wyrabianie zdolności myślenia abstrakcyjnego? Czy chcemy przygotować do zawodów przyszłości liczarzy kołków, czy projektantów zaawansowanych technologii? A może mimo wszystko i jednych, i drugich?

Ryszard Bieńkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.