
Po V klasie szkoły podstawowej wysłano mnie w wakacje do sanatorium. Protestowałem, nie za bardzo chciałem tam jechać, ale lekarka, do której co pół roku meldowałem się z mamą na kontrolę, była nieprzejednana. We wczesnym dzieciństwie nabawiłem się kłopotów sercowych (takich realnych, a nie uczuciowych) i te kilka tygodni w sanatorium to miało być tak na wszelki wypadek. W niczym nie pomoże, ale też zapewne w niczym nie zaszkodzi. Cóż było począć… Rodzice mnie tam zawieźli i trzeba było sobie jakoś radzić we wrogim, jak mi się wówczas zdawało, środowisku.
Trafiłem do sali, w której było z dziesięciu chłopaków. Niektórzy byli w moim wieku, niektórzy młodsi, ale kilku było starszych od reszty i to oni na sali rządzili. Nikt im za bardzo nie podskoczył, bo zaraz by dostał w łeb. „Starszyzna” przyjęła mnie dość nieufnie, starając się wybadać, kim jestem, skąd przyjechałem i czy dyrektor sanatorium nie jest przypadkiem moim bliskim krewnym. Może niepotrzebnie powiedziałem, że nie jest, bo w sumie nie był, ale i tak nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ wkrótce zyskałem w tym gronie dość mocną i znaczącą pozycję.
Nie, nie, nie pięściami, którymi posługiwałem się dość nieporadnie. I nie pieniędzmi (to były czasy PRL-u, a moja mama pracowała jako… nauczycielka). To czym? Wiem, wiem… Zabrzmi to jak wierutna bzdura i bujda na rozregulowanych resorach, ale… No powiedzmy to wreszcie. Książkami. Tak, tak, książkami!
Przywiozłem ze sobą trzy tomy serii o przygodach Pana Samochodzika autorstwa Zbigniewa Nienackiego: „Wyspę złoczyńców”,„Pana Samochodzika i templariuszy” i „Pana Samochodzika i niesamowity dwór”. Położyłem te książki na szafce obok łóżka i kiedy tylko miałem wolną chwilę, zagłębiałem się w lekturze. Bo to czytało się fantastycznie! Z „Wyspą złoczyńców” uporałem się w dwa dni i zabrałem się za historię o templariuszach. Zwróciło to oczywiście uwagę moich kolegów z sali.
– A ty co tak czytasz i czytasz? – zagadał ten najstarszy, największy i pewnie najsilniejszy.
Wytłumaczyłem, że to są takie historie o przygodach dość nietypowego historyka sztuki. Ten historyk jeździ samochodem, który sprawia wrażenie rozklekotanego grata, a tak naprawdę to ten grat ma pod maską silnik Porsche i śmiga w dodatku po wodzie. Dodałem jeszcze, że na podstawie jednej z książek nakręcono serial, w którym zagrał kapitan Kloss, czyli Stanisław Mikulski. Chłopak spytał dość nieśmiało, czy bym nie pożyczył jednej z książek do czytania.
– Jasne, nie ma problemu – odpowiedziałem. No i się zaczęło. Kiedy „herszt” zaczął czytać (a przykład, jak wiadomo, idzie z góry), to inni też chcieli. Trzeba było zrobić rozpiskę na poszczególne tomy, które ze sobą przywiozłem. Książki przechodziły z rąk do rąk. Zdarzało się, że i w nocy ktoś czytał pod kołdrą, oświetlając sobie książkę latarką…
Przypomniała mi się teraz ta historia, bo znowu zmienił się kanon lektur w szkole podstawowej. Nauczyciele mają teraz co prawda więcej swobody w doborze książek, te zestawy mogą w różnych szkołach być zupełnie inne, niemniej jednak lista lektur obowiązkowych, które trzeba wybrać w klasach VI i VII, pozostała. Nie ma ich dużo i ta lista jest skonstruowana tak, aby skubnąć coś z każdej epoki. Bo są i dwa treny Jana Kochanowskiego, są bajki Ignacego Krasickiego, są „Dziady. Część II” Adama Mickiewicza, jest „Balladyna” Juliusza Słowackiego, są nowele Prusa i Sienkiewicza, a także „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego.
Koledzy z sanatorium, którzy podbierali mi powieści Nienackiego, po lekturze tychże książek mieli pewnie poczucie, choćby i nie do końca uświadomione, że literatura jest po to, aby dawać rozrywkę, wzbudzać silne emocje, wprowadzać w świat, do którego zwykle nie mamy dostępu, rozszerzać nasze intelektualne horyzonty i przekazywać w interesujący sposób ciekawą wiedzę, a także zapoznawać nas z różnorodnymi, międzyludzkimi relacjami.
A dziecko zmuszone do czytania lektur z listy obowiązkowej stwierdzi zapewne, że literatura jest tylko po to, żeby… uprzykrzyć mu życie. Rozumiem co prawda intencje ministerialnych urzędników. No bo jak to tak, dziecko kończy szkołę podstawową i nie będzie wiedziało, że Słowacki wielkim poetą był? No nie będzie i co się stanie? Na to przyjdzie czas później, w dzisiejszych czasach mało kto przecież kończy edukację na szkole podstawowej. A omawianie „Balladyny” w oderwaniu od procesu historycznoliterackiego nie ma specjalnie sensu.
W moim mniemaniu w szkole podstawowej powinniśmy jedynie pokazać dzieciom, że warto czytać, że to jest pożyteczna i przyjemna aktywność dająca w dodatku dużo frajdy. I już! Finowie jakoś nie wbijają swoim dzieciom w podstawówkach kanonicznych fińskich lektur do głów. Po ukończeniu szkoły podstawowej młoda Finka czy młody Fin być może nie wiedzą, że Aleksis Kivi wielkim pisarzem był. I jakoś bez tej wiedzy żyją. A i tak fiński system edukacji uchodzi za jeden z najlepszych na świecie.
Tak sobie myślę, że nie miałbym lekko w sanatorium, gdybym na szafce przy łóżku zamiast książek Nienackiego położył „Balladynę” i drugą część „Dziadów”…
Paweł Mazur