
Głośno się ostatnio zrobiło na temat pomysłu jednego z ekspertów edukacyjnych, żeby wprowadzić egzamin na nauczyciela. Ekspert przywołał przykład egzaminu lekarskiego i postulował, żeby nauczyciele zdawali podobny. Mniejsza już o to, że w jednym zdaniu ekspert otworzył dyskusję i ją zamknął. Otworzył w ten sposób, że naświetlił problem słabego przygotowania do zawodu absolwentów różnego rodzaju podyplomówek, a zamknął porównaniem do lekarzy, które musiało wywołać natychmiastową wściekłość środowiska. Nie tylko ze względu na nieporównywalne zarobki, lecz i na to, że wśród lekarzy (po egzaminie przecież) występują nie tylko sami doktorzy House’owie, ale też ci nieco mniej pomocni (choć często o podobnym poziomie empatii, co dr House).
Mniejsza jednak o to, nie każdy ekspert musi być urodzonym dyplomatą. Mi narzuciła się inna analogia. Do pewnej scenki filmowej, którą tutaj krótko opiszę. W barze siedzi gość (już lekko wstawiony), za ladą stoi barman, który leniwie przeciera szklankę i słucha wynurzeń swojego klienta o życiu. A klient mówi mniej więcej tak: „Człowiek chciałby się już ustatkować, założyć rodzinę, mieć żonę, dzieci. A potem wraca do domu i co? I już ma rodzinę, żonę i dzieci”.
Pan ekspert chciałby egzaminu zawodowego na nauczyciela, publicznie ogłasza swoją potrzebę, a tu już od prawie 30 lat, ze zmianami sprzed kilku, istnieje cały system awansu zawodowego nauczycieli, którego każdy próg wymaga wykazania się kompetencjami zawodowymi. Nauczyciel początkujący (dawniej stażysta i kontraktowy), nauczyciel mianowany i nauczyciel dyplomowany: każdy z tych stopni wiąże się z wymogiem podnoszenia kwalifikacji i jest weryfikowany przez stosowną komisję.
Nikt chyba nie zaprzeczy, że w pracy nauczyciela bardzo pomaga doświadczenie. A ogromny zasób wiedzy teoretycznej przyniesionej z uniwersytetu czy innej uczelni, trzeba po rozpoczęciu pracy w szkole pięknie zarchiwizować, jak miłe wspomnienia z wakacji, i odłożyć na półkę. Bo to, co na co dzień dzieje się w szkole, nie śniło się ani doświadczonym dydaktykom, ani autorom książek z pedagogiki.
Na przykład na fizyce, klasyczny przypadek ruchu drgającego – brzeszczot trzymany w imadle. I pytania uczniów 7. czy 8. klasy „A co to jest brzeszczot?”, „A co to jest imadło”.
Albo inny przykład, tym razem nie z lekcji, a z przerwy. Moja żona przez trzy kolejne dyżury na korytarzu zabierała uczniowi kauczukowe piłeczki, którymi rzucał o ścianę („ja się tylko bawię”). Uznała, że są niebezpieczne i mogą komuś zrobić krzywdę. A gagatek co przerwę kupował nową w sklepiku. Na kolejnej przerwie, kiedy żona już nie dyżurowała, chłopak kolejną kauczukową piłeczką uderzył w oko dziewczynkę z młodszej klasy i boleśnie ją zranił.
To jest szkolna codzienność, a egzamin byłby z czego?
Obecny nauczyciel początkujący to dawny nauczyciel stażysta. Aż chciałoby się zapytać, kiedy egzamin na nauczyciela miałby być przeprowadzany? Zanim stażysta zacznie pracę? Z czego miałby zostać przeegzaminowany? Czy z teorii zdobytej na studiach? Przecież te egzaminy właśnie zdał. Czy z umiejętności radzenia sobie w szkole? Ale przecież on jeszcze nie wie, z czym będzie się zmagał!
Czy może egzamin byłby planowany po etapie początkowym, kiedy już adept zdobędzie doświadczenie i zweryfikuje swoją wiedzę? Chwila, przecież to się właśnie dzieje od 30 lat podczas uzyskiwania stopnia nauczyciela mianowanego! Czy ekspert zapomniał, że przy awansie nie tylko o stawkę zaszeregowania chodzi?
Tośmy sobie pogadali o sensowności egzaminu na nauczyciela.
Ryszard Bieńkowski