
W czasie studiów miałem praktyki nauczycielskie w prestiżowym trójmiejskim liceum, które słynęło z tego, że jego absolwenci bez problemów dostawali się na studia medyczne.
Ta szkoła to nie był top topów, ale zawsze plasowała się dość wysoko w rozmaitych rankingach i zestawieniach (rankingu „Perspektyw” jeszcze wówczas nie było). W czasie moich praktyk tak się nieszczęśliwie złożyło, że akurat kilku polonistów się pochorowało. Dyrekcja postanowiła więc wykorzystać dwóch praktykantów, których miała na składzie (byłem na praktykach z kolegą), do załatania tych dziur w szkolnej marszrucie.
Zamiast więc siedzieć w ostatniej ławce i słuchać, jak inni poloniści prowadzą lekcję, sami te lekcje prowadziliśmy. I to niekiedy po sześć lub siedem godzin dziennie! Zaleta tego była taka, że nie musieliśmy trzymać się programu. Mogliśmy robić, co nam się żywnie podobało. I robiliśmy. Dawało to nam ogromną satysfakcję, bo prowadzenie lekcji w tej szkole, z uczniami inteligentnymi, oczytanymi, aktywnymi, ciekawymi świata to była istna bajka.
Opiekunkę naszych praktyk, nauczycielkę z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, to nasze dydaktyczne rozanielenie nieco przerażało. I co rusz nas ostrzegała:
– Chłopaki, kurczę, tylko żeby wam się to za bardzo nie spodobało. Bo potem ktoś mi zarzuci, że was nie ostrzegałam. Więc ostrzegam. Utkniecie po studiach w szkole i po was.
Ale myśmy byli jak w narkotycznym amoku. Perspektywa poprowadzenia każdego dnia sześciu lekcji w tej akurat szkole wywoływała w nas uczucie euforii.
Nie posłuchałem ostrzeżeń mojej nauczycielki. Po studiach znalazłem pracę w liceum wieczorowym. Taka szkoła była na przeciwległym biegunie w stosunku do liceum, w którym odbywałem praktyki. Dostałem trzy klasy pierwsze. „Elita intelektualna” w tych klasach czytała popołudniową prasę, a książek nie czytał chyba nikt. Byki sadzili potworne, a interpunkcją specjalnie się nie przejmowali. Trzeba było zacząć żmudną pracę od podstaw. Pamiętam (i to pamiętam bardzo dobrze), że po którymś sprawdzianie ortograficznym jeden z uczniów wykłócał się ze mną o pisownię jakiegoś oczywistego wyrazu. Gdy powiedziałem mu stanowczo, że nie ma racji, wyrwał mi kartkę z dyktandem z ręki i wypalił na cały głos:
– To ja już nie wiem, jak to k… ma być!
Krew we mnie zawrzała. Ochrzaniłem go potwornie.
Pracowałem tam kilka miesięcy, próbując zaszczepić uczniom miłość do rodzimego języka i rozbudzić w nich ochotę do czytania. Nie powiem, że odniosłem jakieś spektakularne sukcesy, ale robota szła powoli do przodu. Dostałem jednak propozycję pracy poza szkołą i postanowiłem swoich uczniów opuścić.
Kiedy się żegnałem, chłopak, który zrobił mi wcześniej pamiętną awanturę, używając słowa powszechnie uznawanego za wulgarne, podszedł do mnie i powiedział:
– Chciałem pana bardzo przeprosić za to, jak się wówczas zachowałem.
I to uważam za swój największy sukces pedagogiczny w życiu. Takie zdania sprawiają, że uprawianie tego zawodu ma sens.
Paweł Mazur