
Wyczytałem gdzieś, na szczęście nie była to informacja mocno wyeksponowana, że do Sejmu wpłynęła petycja w sprawie zniesienia obowiązkowej matury z… matematyki (no bo z czegóż by innego). Petycją zajmą się oczywiście kompetentne komisje od zajmowania się petycjami, ale MEN jasno deklaruje, że matematyka będzie nadal obowiązkową częścią egzaminu dojrzałości. Uff, ulżyło mi.
Z zawodu jestem co prawda humanistą, myśli latają mi tu i tam, a intuicja pozostaje ważną częścią moich procesów kognitywnych, lecz matematykę niezwykle doceniam.
Szkolna edukacja matematyczna nie polega jedynie na wykonaniu iluś tam setek (może nawet i tysięcy) abstrakcyjnych zadań, które wydają się nie mieć żadnego związku z rzeczywistością (to, że matematyczne abstrakcje prędzej czy później znajdą praktyczne zastosowanie, wiem skądinąd z wykładów popularnonaukowych). Matematyka uczy nas logiki, sensu, strukturyzowania rozbieganej i chaotycznej rzeczywistości, co niewątpliwie przydaje się również humanistom. Nie mówiąc o tym, że wszystkim nam przydaje się w życiu.
Pamiętam, że na studiach polonistycznych miałem kolegę, który ukończył w liceum klasę matematyczno-fizyczną. Tenże kolega dawał sobie doskonale radę z analizowaniem trudnych tekstów teoretyczno-literackich, potrafił tę abstrakcyjną (jak nam się zdawało) strukturę przełożyć na zrozumiały język, w którym jedna rzecz wynikała z drugiej, zmierzając do klarownego dla wszystkich finału.
Inny przykład? Kilkanaście lat temu nasze wydawnictwo organizowało konferencje dla nauczycieli klas I–III mających problem z nauczaniem matematyki. Było to bowiem pokolenie, które nie musiało zdawać obowiązkowej matematyki na maturze. Wydawałoby się – cóż prostszego niż nauczyć siedmiolatka dodawać czy odejmować. A jednak to wcale takie proste nie jest, zwłaszcza jeśli nie przejdzie się szkolnego treningu matematycznego. Ta matematyczna, szkolna edukacja zostawia w nas trwały ślad, nawet jeśli mamy wrażenie, że cała wiedza uleciała gdzieś hen w powietrze. Okazuje się, że jednak nie uleciała.
Przy okazji dyskusji na temat obowiązkowej matury z matematyki pojawił się też pomysł, że można by ten egzamin zostawić, ale… bez określonego progu zdawalności. Podchodzimy, piszemy i ile zdołamy zrobić, to zdołamy. Dla osób, które nie wiążą swojej przyszłości z matematyką, taki egzamin będzie mniej stresujący, bo niezależnie od wyniku i tak go zdadzą. A te osoby, które będą chciały zostać na przykład inżynierami, będą musiały się do niego przyłożyć, bo uczelnie przyjmą osoby z najlepszymi wynikami.
Dlaczego tak bardzo chcemy uwolnić dzieci od wszelkich trudności? Dlaczego wszystko musi być łatwe, miłe i przyjemne? Przecież trudności, stres (krótkotrwały jest dla naszego mózgu bardzo korzystny) pobudzają nas do większego wysiłku, mobilizują do działania. W szkole podstawowej piątka z klasówki z matematyki była dla mnie więcej warta niż trzy piątki z innych przedmiotów, bo jej zdobycie wymagało olbrzymiej pracy. A na maturze miałem same piątki. Prawie. Bo z matematyki dostałem czwórkę. Ale ta czwórka była dla mnie najwięcej warta, bo wymagała kilkumiesięcznej intelektualnej harówki.
Stosowne komisje sejmowe muszą oczywiście się pochylić nad tą petycją w sprawie zniesienia obowiązkowej matury z matematyki, ale… mam nadzieję, że petycja ostatecznie trafi tam, gdzie trafić powinna.
Paweł Mazur