Postaw na edukację

23.03.2026

Na wieki wieków Łysy

Czyli o przydomkach i przezwiskach

Na wieki wieków Łysy

Zdzisław Maklakiewicz w filmie Wniebowzięci mówi, że „przyjaźń z wojska jest na całe życie”. Nie byłem w wojsku, więc moje przyjaźnie na całe życie siłą rzeczy pochodzą ze szkoły. A konkretnie z wejherowskiego „elektryka”, w którym spędziłem sześć najpiękniejszych lat swojego życia. Na szczęście moje przyjaźnie wyglądają inaczej niż u przyjaciół z wojska z filmu Andrzeja Kondratiuka, bo przypomnę, że tamci dwaj kamraci, gdy się spotkali, nie bardzo mieli o czym rozmawiać, przypomnieli sobie raptem jedną wspólną wartę. A my z chłopakami mamy takich wspólnych wart setki. No i oczywiście za każdym razem je wspominamy – chociaż niestety już rozjeżdżają nam się wersje, bo pamięć zaczyna szwankować. Ale to nieważne, chciałem napisać, że w tym gronie pozostajemy cały czas przy swoich przezwiskach, chociaż to mylne określenie, bo nikt się nie czuje obrażony, może lepiej powiedzieć – przydomkach. Nie będę wymieniał ich wszystkich, bo jeszcze o którymś zapomnę. W każdym razie ja byłem i jestem dla moich kumpli Łysy. Trochę to blokerska ksywka, wiem, ale taką dostałem z racji moich długich wówczas włosów. Taka przekora rówieśników.

Ciekaw jestem, jak teraz to wygląda w środowisku uczniowskim. Młodzież prowadzi obecnie inny tryb życia, chętniej pokazuje swoją aktywność w sieci, gdzie samemu wybiera się dla siebie… no właśnie, przecież nie przezwisko, tylko nick. W takim nicku nie ma już rówieśniczej przekory i spontaniczności, tylko raczej wyrachowanie.

Kiedyś też bywali chłopcy i dziewczyny, którzy kazali na siebie mówić w określony sposób, ale było to odbierane jako przejaw megalomanii i pretensjonalności. A teraz jak jest? Czy nick z serwisów społecznościowych i gier wyparł już tradycyjne przezwiska? A może działa to na niezależnych od siebie polach?

Swoją drogą Łysy jestem dla kolegów, lecz mam też rodzinne przezwisko. I tutaj Państwa wtajemniczę w północnomazowieckie Macondo. W wiosce, z której pochodzę, za moich czasów było pięć rodzin o nazwisku Bieńkowscy. Dla wygody każda miała swój przydomek. Byli (i są) to: Baliki, Bolczuki, Cerylaki, Wnuczki i my (zaraz się przyznam, jak nas nazywają). Z Balikami i Bolczukami nie jesteśmy spokrewnieni (choć może jesteśmy, tylko nikt już nie pamięta ścieżki, która by nas łączyła). Cerylaki i Wnuczki to nasi krewni. Obie rodziny już wyemigrowały w świat, ale dla mieszkańców wioski nadal są Cerylakami i Wnuczkami. Skąd się wzięły te przydomki? W większości od imion któregoś z protoplastów. Nas nazywano Nichalukami – od Michała. Bo u nas miękkie „mi” w wymowie zamienia się w „ni”. Mówi się na przykład „konin”, a nie „komin”. Zawsze byłem przekonany, że to od mojego pradziadka Michała, który się urodził w 1860 roku i żył bardzo długo, bo przeżył całą drugą wojnę światową. Ale studiując parafialne wpisy (notabene pisane grażdanką, bo to kongresówka, przez księdza Polaka, który najprawdopodobniej słabo mówił po rosyjsku), dotarłem do daty urodzenia ojca Michała, czyli Feliksa, mojego prapradziadka. Znalazłem przy tej okazji informację, że ojcem Feliksa był… też Michał. Imiona powtarzają się w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Więc od którego Michała jesteśmy Nichalukami? Od prapradziadka czy od praprapradziadka? Tego się nigdy nie dowiem. Ale w kontekście nazwisk ciekawa jest historia urodzin Feliksa (tego między dwoma Michałami), który został ochrzczony w odległej parafii, a urodził się (według ksiąg) we wsi Bieńki Nowe, oddalonej od mojej wioski o ponad 70 kilometrów. Co dziwniejsze, rodzeństwo Feliksa urodziło się już u nas i było ochrzczone w naszej parafii. Do tego Feliks był środkowym dzieckiem, a nie pierwszym, co by mogło wskazywać na emigrację z tych odległych Bieniek Nowych. Dziwna sytuacja, która być może wytłumaczyłaby, skąd na biebrzańskie bagna przywędrowała moja rodzina, lecz niestety dotarłem w poszukiwaniach do przysłowiowej ściany.

Jeśli ktoś z Państwa doczytał mój tekst do tego miejsca (a zdaję sobie sprawę, że najbardziej ciekawa historia rodzinna jest interesująca tylko dla rodziny), to może chciałby się też dowiedzieć czegoś o przydomku „Wnuczek”? No to opowiem.

Brat mojego dziadka Jan i mój dziadek Józef poszli do wojska wraz z rozpoczęciem wojny bolszewickiej. Jan miał żonę – i jak się okazało, dziecko w drodze. Z wojny już nie wrócił. Zmarł od babrzącej się rany po postrzale w kciuk. Dziecku, które się niedługo potem urodziło, dano na imię Jan i, jako że w wychowaniu pomagali dziadkowie, wołano na niego: Wnuczek. Przydomek tak do niego przylgnął, że gdy urodziło mu się dziecko, czyli Antek, stryjeczny mojego taty, mówiło się już tylko: Antek Wnuczek albo Antek (czyj?) Wnuczkow. Przeszło to później na jego dzieci, czyli moich kuzynów, których pamiętam z dzieciństwa. Rozjechali się już po świecie, ale jak w rozmowie ktoś ich wspomni, to zawsze z przydomkiem. Wojtków jest wielu, ale Wojtek Wnuczek tylko jeden. Taka jest historia przydomku, który ma dokładnie 100 lat.

Ryszard Bieńkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.