Postaw na edukację

13.02.2026

Nieczynne, bo zamknięte

Czyli o sensie usprawiedliwiania

Nieczynne, bo zamknięte

Głośno było ostatnio o zaostrzeniu przepisów dotyczących minimalnej liczby obecności na lekcjach, pozwalającej na zdanie do kolejnej klasy. Albo jak kto woli – maksymalnej liczby nieusprawiedliwionych nieobecności, umożliwiającej promocję. W jednym i drugim wypadku jest to 50%. Czyli fifty-fifty.

Nie wiem, skąd pomysł zmiany tej złotej proporcji, wszak, jak uczą amerykańskie filmy sensacyjne, fifty-fifty to uczciwy deal. W każdym razie zmiany nie będzie.

Słowo, które jest tu najważniejsze, to „nieusprawiedliwionych”. Bo usprawiedliwionych można mieć właściwie nieograniczoną liczbę. Przy czym usprawiedliwione to takie, na które jest usprawiedliwienie od rodzica, chociaż, jak ze zdziwieniem się dowiaduję, wcale nie musi ono zawierać powodu nieobecności.

Pamiętam, jaki się czułem dorosły, kiedy w szkole średniej nasz wychowawca nakazał nam samodzielne usprawiedliwianie swoich nieobecności, bez pośrednictwa karteczek pisanych przez rodziców. Choć jeszcze wtedy nie wiedziałem, z czym się to będzie wiązało. Okazało się bowiem, że każde usprawiedliwienie musi zawierać powód nieobecności. W dodatku te powody za każdym razem były skrupulatnie badane przez Bolka, naszego wychowawcę. Nie świecił żarówką po oczach, lecz świdrował wzrokiem jak prawdziwy śledczy. Strach było kombinować. Ale co tam strach, kombinowaliśmy. Tyle że chyba jednak rzadziej, niż byśmy chcieli.

Pamiętam też lekcje u innej nauczycielki, które wypadały nam tuż przed długą przerwą, kiedy to dostawaliśmy w stołówce ciepłe mleko. Był jeden haczyk – trzeba było po nie stać w długiej kolejce, co czasem zajmowało całą tę długą przerwę. Dlatego kilka osób z klasy znalazło sposób, żeby stanąć na początku kolejki – zwalniali się pod koniec lekcji, na przykład do toalety albo po prostu „na chwilę”, i już nie wracali, za to czekali pod stołówką na otwarcie okienka, przez które wydawane było mleko. Teczkę i rzeczy przynosił kolega z ławki, dla którego oczywiście miejsce w kolejce było zarezerwowane. To był bardzo dobry system wzajemnej kooperacji. Uczył współpracy i można nawet powiedzieć, że gdyby nie opierał się na oszustwie, to byłby bardzo wychowawczy.

No ale niestety, nawet najlepszy system ma słabe punkty, przy czym zwykle są to tworzący go ludzie. Któregoś razu jeden z tych zwalniających się chłopaków (pozdrawiam przy okazji Glazę) jak co dzień zapytał pięć minut przed dzwonkiem, czy może wyjść szybciej. Pech chciał, że nauczycielka wtedy zainteresowała się, jaki jest powód (może ją zdziwiło, że to się tak często powtarza). A kolega, który na chwilę stracił czujność, wypalił: „Po mleko, bo potem jest kolejka”. I się zrobiła afera na całą szkołę, a wraz z nią przepadł ten alcybiadesowy sposób na ciepłe mleko.

Wspominam te dwie sytuacje dlatego, że w jednej i drugiej uzyskanie usprawiedliwienia wydawało się czymś łatwym – ale tylko do pewnego momentu. Gdy wymagało podania powodu, nagle traciło swój beztroski urok bujania systemu. Takie proste: powód. Oczywiście wcale nie takie proste, bo chociaż powód można było zmyślić, to nasz wychowawca pytał: ile miałeś gorączki, czy kaszlałeś, jakie brałeś leki, czy leżałeś w łóżku itp. To się nazywa krzyżowy ogień pytań (dzisiaj nie do pomyślenia).

Ciekaw jestem, co by było, gdyby teraz nagle się okazało, że trzeba podawać powody nieobecności. Czy (i w jakim stopniu) byłyby rozsądne? Czy nie skończyłoby się jak w tym sklepie, na którym wisiała kartka „Nieczynne, bo zamknięte”.

Tymczasem powodu podawać nie trzeba – wystarczy, że rodzic usprawiedliwi. A który rodzic nie usprawiedliwi, jeśli sytuacja będzie już gorąca i grozić może nieklasyfikowanie?

W tym kontekście ciekawe jest też pochodzenie słowa „usprawiedliwienie” – bierze się ono z teologicznej dyskusji nad potrzebą wymazania win przy pomocy boskiej interwencji. Usprawiedliwienie to inaczej uczynienie sprawiedliwym mimo grzechów. Taką moc, według św. Pawła, posiada Bóg. I nie potrzebuje on argumentów czy powodów takiego usprawiedliwienia. Po prostu ma tę moc.

Okazuje się, że taką moc usprawiedliwiania szkolnych nieobecności ma dziś rodzic.

Ryszard Bieńkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.