Postaw na edukację

06.02.2026

Szkoła w krótkich spodenkach

Czyli o dżungli i wolnej amerykance

Szkoła w krótkich spodenkach

W trzeciej klasie liceum chodziłem do szkoły w… polowym mundurze czołgisty (a dodam, że nie było to liceum mundurowe, tylko takie zwykłe, ogólnokształcące). Mundur był zrobiony z mocnego, czarnego materiału, świetnie uszyty, dobrze się w nim czułem. Z tego, co pamiętam, żaden nauczyciel nie pisnął słówka, że taki strój jest niestosowny dla ucznia trzeciej klasy liceum. Na mój ubiór nie zareagował też oficer czołgista, który poprowadził dla uczniów mojej klasy (chyba tylko dla chłopaków) pogadankę o konieczności obrony naszej socjalistycznej ojczyzny przed nieprzyjacielem z wrażego Zachodu (to był koniec lat 80.). A specjalnie usiadłem w pierwszej ławce. Przyglądaliśmy się sobie przez dłuższą chwilę, ale oficer ani słowem się nie zająknął na temat mojego stroju (nie muszę chyba dodawać, że takiego munduru nie kupowało się wówczas w sklepie odzieżowym). Oficer się nie zająknął, bo jak przypuszczam, w jego mniemaniu mój strój był zgodny z „ogólnie przyjętymi normami społecznymi”.

No właśnie. Taki zapis ma się pojawić w projekcie ustawy przygotowywanym obecnie przez MEN. Ministra Barbara Nowacka w wywiadzie dla radia powiedziała, że „dziś jest dżungla i wolna amerykanka i trzeba to wreszcie uporządkować”.

Hm… Za moich młodzieńczych lat trudno było dostać coś atrakcyjnego do ubrania. Ale kwitły przecież subkultury młodzieżowe. W szkołach roiło się od punków, metalowców i depeszów. Młodzież, mimo trudności na rynku odzieżowym, chodziła ubrana dość różnorodnie i nie wywoływało to protestów ciała pedagogicznego. Młodzi ludzie szukają swojej tożsamości i ubiór jest częścią tej samoidentyfikacji. Trzeba to zaakceptować. I już.   

Kilka lat po skończeniu liceum trafiłem znów do szkoły, tym razem na praktyki pedagogiczne. Dzieciaki chodziły ubrane rozmaicie, ale nie wydaje mi się, żeby swoimi strojami łamały „ogólnie przyjęte normy społeczne”. A to było przecież pokolenie, które żyło już w wolnej Polsce.

Kilkanaście lat później urodziły mi się dzieci i znów zacząłem bywać w szkole. I znów tej odzieżowej dżungli nie zauważyłem. Ani w szkole podstawowej, ani w średniej. Moje dzieciaki nie chodziły do szkoły ubrane przesadnie ekstrawagancko i wiedziały też, że jak jest oficjalna uroczystość, to trzeba się stosownie ubrać (np. założyć białą koszulę).

Oczywiście, moje osobiste obserwacje nie są żadnym miarodajnym wyznacznikiem tego, jak dzieci chodzą do szkół ubrane. Bo może w Warszawie dziewczyny już od maja chodzą z odkrytymi brzuchami albo – nie daj Bóg – w bikini, a chłopcy przychodzą na lekcje w slipach i bezrękawnikach, aby zaprezentować wypracowane na siłowniach zarysy bicepsów. Ale szczerze mówiąc, nie sądzę, że tak jest.

Zdaje się, że znowu niepotrzebnie ładujemy parę w gwizdek. Czyżby nie było już ważniejszych problemów, z którymi boryka się polska oświata? Tym bardziej że zapis „ogólnie przyjęte normy społeczne” tak naprawdę nic nie znaczy. MEN tłumaczy, że ustawa celowo posługuje się pojęciem „ogólnie przyjętych norm społecznych”, ponieważ system oświaty jest bardzo zróżnicowany – inne realia ma szkoła branżowa, inne liceum ogólnokształcące, a jeszcze inne – szkoła artystyczna.

Aha, teraz wreszcie rozumiem. Chodzi o to, żeby w ustawie pojawił się zapis, który tak naprawdę niczego nie zmieni. To już jestem trochę spokojniejszy. Ale nasuwa się tutaj pytanie… A może nie, zostawmy to…     

Paweł Mazur

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.