
Jest kilka spraw, które się pojawiły w przestrzeni edukacyjnej od mojego ostatniego wpisu, i nie wiem, którą wybrać, żeby ją po swojemu, czyli mało obiektywnie, skomentować. A jeśli już przy którejś z tych spraw pojawia się charakterystyczne mrowienie palców, będące sygnałem do miarowego stukania w klawiaturę, to słyszę ostrzegawczy dzwoneczek w prawym uchu (lewe mi dzwoni chronicznie) – e, lepiej tego nie tykaj, bo polityka.
Weźmy takie zawetowanie nowelizacji ustawy oświatowej przez prezydenta. No zawetował, nie spodobało mu się, co wyczytał i tyle. Zaraz jednak przychodzi podejrzliwa myśl: „Ale czy aby czytał?”. I już się robi z tego polityka.
Gdyby chociaż jakoś uargumentował swoje weto, powiedział, który zapis mu się nie podoba, byłbym spokojniejszy. Niestety nie, przestrzegł tylko uroczyście, że to zła ustawa była, niemoralna i zagrażająca, i że on daje odpór. Powołał się na szerokie konsultacje ze środowiskiem, a jak się okazuje, z aż dwoma skrzydłami środowiska – przeciwników edukacji zdrowotnej oraz przeciwników ograniczenia roli religii w szkole. I chciałoby się to jakoś skomentować, powiedzieć, co się o tym myśli…, ale polityka, więc się tego nie tykaj!
Albo inna sprawa – krzyż w szkolnym koszu na śmieci. A wcześniej nad klatką z chomikiem, a wcześniej przekazywany z rąk do rąk przez uczniów, a wcześniej na haloweenowym przebierańcu, a wcześniej na Temu albo na wtryskarce 3D. Profanacja goni profanację. Która największa? Oczywiście ta, przeciw której da się zrobić pikietę. Trudno o pikietę przeciwko Temu, bo gdzie by miała się skrzyknąć? A szkoła, wiadomo, miejsce idealne do pikiet, jest parking, więc można podjechać samochodem, wozy telewizyjne też mają gdzie się rozstawić, przecież transparenty lepiej wychodzą na szerokim planie. Ale stop, polityka, więc się tego nie tykaj!
Mam tylko dziwne przeczucie, że środowisko, z którym prezydent tak „szeroko” konsultował ustawę oświatową, jest tym samym środowiskiem, które pikietowało pod szkołą w podgdyńskiej wiosce. Czy może się mylę? Nie twierdzę, że to ci sami ludzie, ale znam analogię z innego opiniotwórczego środowiska – kibiców piłkarskich. Są tam ultrasi i hoolsi. Pierwsi zajmują się merytoryką dopingu, przygotowują hasła, slogany, przyśpiewki i je wykonują w czasie meczu, żeby zagrzać drużynę do walki. Drudzy są zbrojnym ramieniem broniącym znaczka, barw i honoru klubu przed hoolsami innych drużyn.
Ktoś może pomyśleć: „A co, jeśli ta inna drużyna nie ma swoich hoolsów, tylko zwykłych kibiców, którzy chcą po prostu normalnie oglądać mecz?”.
Nie żartuj, Bieńkowski, życia nie znasz. To hoolsom w niczym nie przeszkadza.
Ryszard Bieńkowski