
Zacznijmy od korepetycji, o których niedawno na tym blogu pisałem. Warto sobie jednak kilka (zatrważających) faktów przypomnieć. Z ubiegłorocznego badania CBOS-u wynika, że posyłanie swoich dzieci na korepetycje deklaruje aż 29 proc. rodziców. Toż to prawie jedna trzecia! Wydają na to średnio 900 zł miesięcznie. Wartość rynku korepetycji szacuje się na ponad miliard złotych, chociaż są i takie szacunki, które mówią o 8 miliardach. Korepetytor to już nie zabiedzony student (lub zabiedzona studentka), który przychodzi do domu ucznia, aby wyjaśnić mu coś, czego ten nie rozumie. Większość zajęć odbywa się on-line, powstają firmy zajmujące się tym biznesem, które zatrudniają regularnych pracowników, a uczniowie często rozumieją z danego przedmiotu wszystko, ale chcą zrozumieć więcej. Nie ma w tym oczywiście nic złego, poza tym, że ucznia z biedniejszej rodziny, który ma naukowe ambicje, nie będzie na taką zabawę stać. A z zamożnej – i owszem.
Znam młodych ludzi, którzy swoją przyszłość zawodową wiążą z rynkiem korepetycji. Teraz są studentami, udzielają korepetycji z różnych przedmiotów i nie są w stanie przyjąć wszystkich chętnych. Po studiach planują więc otworzyć profesjonalne szkoły korepetytorów. Wszystko pięknie, ale to przecież w szkole dziecko powinno zdobywać wiedzę i intelektualnie się rozwijać. A dostęp do wiedzy powinien być dla wszystkich równy i co ważne – nieodpłatny.
Te dwie prędkości w edukacji można także zobrazować innymi, niepokojącymi faktami.
W roku szkolnym 2009/2010 do niepublicznych szkół podstawowych uczęszczało tylko 2,08 proc. uczniów, a dziesięć lat później – już 5,85 proc. Do niepublicznych szkół średnich chodzi obecnie ponad 10 proc. wszystkich uczniów, podczas gdy jeszcze dziesięć lat temu ten odsetek wynosił zaledwie 4 proc. To, czy stać nas na posłanie dziecka do szkoły prywatnej, zależy oczywiście od miejsca, w którym mieszkamy. Do szkół prywatnych chodzi aż 41 proc. młodzieży z warszawskiego Wilanowa i jedynie 6,8 proc. z Pragi Północ. Dzieci z dużych miast są zresztą na uprzywilejowanej pozycji, jeśli chodzi o edukację, w stosunku do tych, które mieszkają w mniejszych miejscowościach czy na wsiach. Dowód? Uczniowie z 20 największych polskich miast uzyskali średnio o 8,35 punktu procentowego lepszy wynik z egzaminu ósmoklasisty niż uczniowie z pozostałych części kraju.
No to jeszcze garść danych odnośnie do wyników tegorocznego egzaminu ósmoklasisty i ich korelacji ze szkolnictwem niepublicznym. Z języka polskiego uczniowie ze szkół niepublicznych uzyskali wynik lepszy o 5 punktów procentowych niż uczniowie ze szkół państwowych, z matematyki – aż o 10,5 punktu procentowego, z języka angielskiego zaś – aż o 12 punktów procentowych!
Od wielu lat utyskujemy, że Polska taka podzielona. Że jest mur. Że nie można się ze sobą dogadać nawet w sprawach fundamentalnych i ważnych dla całego społeczeństwa. Że skaczemy sobie nieustannie do gardeł i szczerzymy na siebie kły. Że podążamy ślepymi drogami w stronę nieuchronnej katastrofy… Obwiniamy się wzajemnie za niewłaściwe wybory polityczne i odsądzamy wzajemnie od czci i wiary.
A przecież wyrównanie szans edukacyjnych, tj. równy do edukacji dostęp dla wszystkich, niezależnie od miejsca zamieszkania i zasobności portfela, byłoby najlepszym sposobem na niwelowanie tych podziałów, na wzajemne zrozumienie. Wiadomo skądinąd, że w społeczeństwie, gdzie nierówności nie są duże, żyje się lepiej. Wszystkim.
To nie. My dokładamy kolejne cegły do tego muru.
Paweł Mazur
Źródło: Anna Grąbczewska, Michał Radziszewski, „Ucieczka ze szkoły. Jak powstrzymać kryzys publicznej edukacji?”, Klub Jagielloński, 2026