
Kiedyś moja córka jadła jogurt z małego kubeczka dużą stołową łyżką. Na moje zdziwienie, że tak robi, powiedziała: „Oni tego nie sprawdzają”. I jadła spokojnie dalej. A ja stałem oczarowany prostotą i trafnością tej… diagnozy relacji społecznych.
Bo jaka to genialna myśl i przede wszystkim jaka wyzwalająca! Kwintesencja rytuału przejścia, którego doświadcza młody człowiek, kiedy już zrozumie, że wzrastał w świecie wielu absurdalnych ograniczeń i nakazów, a może i natręctw dorosłych. A teraz może sobie wreszcie działać, jak sam chce, i mieć w nosie, co mu na to powiedzą.
Mnie zdarzyło się na trzecim roku studiów polonistycznych mieć koszmary senne, w których orientowałem się, że nie mam jeszcze żadnego zaliczenia z matematyki i z tego powodu zaraz wyrzucą mnie ze studiów. Cztery lata od matury, a jeszcze mnie ta trauma matematyczna trzymała. Mimo że przecież na polonistyce „oni tego nie sprawdzają”.
A z drugiej strony wcale nie żałuję, że nasz matematyk i wychowawca tak cisnął. Swoją drogą matematyka była jego metodą wychowawczą, bo dzięki niej wszczepiał w nas dyscyplinę – i tę związaną z porządkiem, i tę intelektualną. Przecież doskonale się orientował, że nie ma do czynienia z geniuszami (sam nazywał nas eugeniuszami: „Wy jesteście eugeniusze”, mówił z przekąsem). Ale z drugiej strony wiedział, że w matematyce da się co nieco wypracować konsekwencją, systematycznością i (jeśli trzeba) przymusem. I tak właśnie z nami pracował, ku naszemu utrapieniu. A w efekcie na maturze mało kto zszedł poniżej czwórki.
I nie mam mu za złe, że uczyłem się dwumianu Newtona, chociaż okazało się w dorosłym świecie, że „oni tego nie sprawdzają”.
Tak jak nie mam żalu o rozprawkę – może dlatego, że za moich czasów nie miała ona tak skodyfikowanej formy jak teraz, kiedy trzeba liczyć na palcach argumenty, żeby nie było ich za mało. A przecież po skończeniu edukacji nie napisałem już żadnej rozprawki. I nie napiszę – nie dlatego, że to tutaj uroczyście ślubuje, tylko dlatego, że to forma wypowiedzi pisemnej wyłącznie szkolna. W życiu nie występuje, „oni tego nie sprawdzają”. Czy tegoroczni maturzyści już to wiedzą? Poczują ulgę, czy pomyślą, że zostali oszukani?
Jest masa rzeczy, których uczy szkoła, a które są w życiu niepotrzebne w wymiarze bezpośrednim, jeden do jednego. I całe szczęście, bo to nie warsztaty ślusarskie, które mają przygotować do wykonywania przez całe życie jednego cięcia. Szkoła ma pokazać uniwersalność wiedzy i przekładalność kształconych umiejętności na kolejne.
W tym sensie głosy tych, którzy mówią, że szkoła powinna być nastawiona na umiejętności „praktyczne”, „potrzebne”, „przydatne”, „życiowe”, „konkretne”, są małostkowe i wynikają z braku refleksji nad tym, co im samym dała szkoła. Bo nie wierzę, że pan lekarz nauczył się w szkole rozpoznawać chory wyrostek, a pani prokurator stawiać zarzuty i orientować się, z którego paragrafu. Tak jak ja wiele bym nie zwojował, gdybym został tylko z umiejętnością przezwajania silników elektrycznych. Zwłaszcza że już się tego nie robi na taką skalę jak kiedyś.
Inna rzecz, że w ogóle wiele w życiu nie zwojowałem, ale na szczęście „oni tego nie sprawdzają”.
Ryszard Bieńkowski