Postaw na edukację

18.03.2022

Polsko-ukraińska szkoła improwizacji

Czyli wszystkie ręce na pokład

Polsko-ukraińska szkoła improwizacji

Od kilkunastu dni żyjemy w nowej rzeczywistości. Bardzo się baliśmy Lex Czarnek. Protestowaliśmy i tłumaczyliśmy, dlaczego się boimy. A teraz nie bardzo potrafimy się cieszyć z zawetowania pakietu tych praw. Wszystko zostało przyćmione przez wydarzenia na Ukrainie. Przez wojnę na Ukrainie. Szkoły bardzo szybko musiały podjąć wyzwanie i pomóc odnaleźć się w nowej sytuacji zarówno uchodźcom, jak i naszym uczniom.

W klasie 8 omawiam właśnie „Kamienie na szaniec”. Jest to lektura, którą uczniowie lubią i rozumieją. Jej omawianie w obecnym czasie nie może się obejść bez odwołania do współczesności. Nie wiem tylko, czy kontekst ukraińsko-rosyjski jest trudniejszy dla uczniów, czy nauczycieli. Sama zawsze omawiałam tę lekturę jako utwór o doświadczeniach, które już były i się nie powtórzą. Niestety widać, że jako ludzkość nie wyciągnęliśmy wniosków z przeszłości. I wyszło jak zawsze – historia lubi się powtarzać, a ludzie ludziom zgotowali ten los. Słowa Nałkowskiej, które moja młodzież znała tylko z wizyt w Muzeum Stutthof, teraz nieoczekiwanie zapukały do naszych drzwi.

Najlepszą formą nauczania jest zawsze przeżycie i obserwacja. Nie sądziłam, że będzie mi dane zastosować tę zasadę w stosunku do wydarzeń wojennych. Nagle stały się one nie tylko historią, ale i teraźniejszością.

Szybko musieliśmy się na nowo zorganizować. Pomoc uchodźcom ruszyła pełną parą i po raz kolejny pokazaliśmy jako naród moc bycia wspólnotą w trudnej chwili. To też cenna nauka dla młodych. Nasi uczniowie bardzo owocnie włączyli się we wszystkie akcje pomocowe.

Młodzi ludzie wiele dziś zrozumieli. Zobaczyli, że historia to nie zbiór dat i faktów, ale powiązanych ze sobą wydarzeń, ułożonych w wyraźny ciąg przyczynowo-skutkowy.

Moi uczniowie chcą rozmawiać. Nie boją się pytać. Mają sporo wątpliwości. Nie rozumieją tego, że od woli jednego człowieka zależy los tak wielu innych. Na własne oczy przekonują się, jaką wartość ma demokracja i jak bardzo trzeba jej bronić. Można przewrotnie powiedzieć, że to jakaś korzyść płynąca z tej okrutnej wojny. Szkoda, że okupiona tak strasznym cierpieniem ludzkim.

Wojny nie doświadczamy teraz tylko przez pryzmat telewizji czy wiersza Szymborskiej „Koniec i początek” – kamery nie wyjechały jeszcze na inną wojnę, wciąż są bardzo blisko. I nie zaczęło się jeszcze powojenne sprzątanie.

Wojna przysłała do nas konkretnych ludzi, z konkretnymi problemami i w konkretnej sytuacji. W mojej szkole ukraińskie dzieci pojawiły się w poniedziałek. Początkowo było to 17 osób. Wkrótce okazało się jednak, że uczniów przybywa. Aktualnie mamy ponad 40 osób, ale to na pewno nie jest koniec. W pierwszym tygodniu została dla nich stworzona klasa przygotowawcza i przy małej liczbie uczniów planowaliśmy, że dzieci ukraińskie będą się w kolejnych tygodniach uczyć z istniejącymi już klasami polskimi. Niestety, szybko pojawiły się problemy z komunikacją. Dzieci nie mówią po rosyjsku, którym to językiem posługuje się starsza część naszej kadry. Mówią po ukraińsku, a w ograniczonym zakresie – po angielsku. Miszmasz językowy jest więc bardzo rozległy. Z tego względu i z racji pojawiania się wciąż nowych uczniów zdecydowaliśmy o kontynuowaniu nauki w trzech klasach przygotowawczych. Kto będzie tam uczył i w jakim trybie, tego jeszcze nie wiemy. Planujemy zajęcia z języka polskiego i angielskiego, matematyki, wychowania fizycznego, plastyki i muzyki. Sytuacja jest rozwojowa. Zajęcia zaplanowaliśmy naszymi siłami nauczycielskimi. Początkowo ktoś, kto znał język, zostawił swoje obowiązki i poszedł zaopiekować się uchodźcami. Jego natomiast zastąpił ktoś inny. Wszyscy pracują ponad miarę. Niestety, szkoły nie są przygotowane na przyjęcie tak dużej liczby dzieci. Dobrze sprawa wygląda tylko w telewizji, kiedy opowiadają o niej politycy. Rzeczywistość jest bardzo trudna.

Ukraińskim dzieciom nie jest potrzebny polski system edukacyjny. O wiele lepiej byłoby wyłowić nauczycieli z Ukrainy, którzy poprowadziliby zajęcia dla swoich rodaków. Nie da się na siłę przekierować ich na polską ścieżkę edukacyjną. O wiele lepiej byłoby zorganizować szkoły ukraińskie i umożliwić uchodźcom np. zdanie matury. Ale rozporządzenia, a chyba nawet i planu szybkich nostryfikacji ukraińskich dyplomów nie ma. Nauczyciele znów zostali sami.

Uczniowie szybko polubili swoich nowych kolegów. Relacje na przerwach i po lekcjach są owocne. Widać, że uciekinierzy lgną do kontaktu. Dzieci razem spędzają czas na placu przed szkołą, wspólnie się bawią, jedzą posiłki. O traumie wojennej nie mówią. Pochodzą z różnych regionów Ukrainy, głównie jednak tych, w których nie było jeszcze działań wojskowych, np. spod Lwowa. Zdążyli uciec przed nieszczęściem. Nie zdążyli natomiast często nic zabrać. Były osoby, które przybyły tak, jak stały. Potrzebowały kompletnego wyposażenia do szkoły i do życia.

Sytuacja jest świeża, więc wszyscy dopiero ją testujemy. Próbujemy, kombinujemy. Na rozwiązania systemowe jeszcze nie możemy liczyć. No może poza jednym – możliwością zwiększenia liczby dzieci w klasach. Jak to się przełoży na komfort prowadzenia lekcji i wyniki w nauce, nie muszę chyba dodawać.

Ostatnie lata to najtrudniejszy czas w mojej karierze zawodowej – czas przewrotnych wydarzeń, czas, w którym niczego nie można zaplanować.

Jestem już tym zmęczona. Mimo wszystko czekam na lepsze jutro.

Joanna Hulanicka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.