
Pamiętam, jak mój brat wrócił z egzaminów wstępnych na studia (a konkretnie na SGGW w Warszawie). Był bardzo zły, bo w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej jeden z profesorów zobaczył w życiorysie mojego brata jego miejsce urodzenia i zapytał z błyskiem w oku: „A, Radziłów! To pan na pewno wie, dlaczego w Radziłowie kozy kują?”. Brat pomyślał, że starszy pan robi sobie z niego żarty, dlatego zdenerwowany wycedził przez zęby: „Nic mi o tym nie wiadomo, może ma pan na myśli Pacanów?”. Wrócił przekonany, że przez złośliwego profesora nie dostał się na studia. Opowiedział w domu całą historię i dopiero wtedy wszystko się wyjaśniło, bo nasz tata znał starą opowieść o tym, jak Żyd z Radziłowa założył się z jednym z gospodarzy o to, czyje zwierzę szybciej pobiegnie po lodzie – koza Żyda czy pies chłopa. Żyd podkuł kozę i dzięki temu to ona wygrała z psem, któremu na lodzie rozkraczały się łapy. A brat ostatecznie dostał się na te studia, najwidoczniej profesor jednak nie był złośliwy. Za to całkiem prawdopodobne, że pochodził z naszych okolic.
Ja natomiast na swoim egzaminie wstępnym (WSP w Słupsku) prawie poległem na Laurze i Filonie Franciszka Karpińskiego. Mimo wysiłków naszej polonistki z technikum nie wyniosłem ze szkoły średniej porządnie spakowanego plecaka z przeczytanymi lekturami. Myślę, że to była raczej mała podręczna torebka. No i o sielankach nie wiedziałem nic. Do dzisiaj pamiętam zmęczony wzrok członków komisji i ich rozczarowanie kandydatem. Ale też, o dziwo, zdałem! Może praca pisemna mnie uratowała albo odpowiedzi na pozostałe pytania poszły mi lepiej.
A może po prostu oceniał nas człowiek, a nie kalkulator zliczający punkty?
Obserwowałem moją żonę, jak się przygotowuje do zasiadania w komisji na egzaminie ósmoklasisty. Do ostatniej chwili sprawdza, co jej i uczniom wolno, a czego nie. Dopytuje na fejsbukowej grupie o przywileje dla obcokrajowców, których miała mieć na sali, a o których dowiedziała się w ostatniej chwili. Wyłącza przed wyjazdem z domu telefon, żeby później nie zapomnieć. Sprawdza, czy nie zapika jej smartwatch i ostatecznie zamienia go na tradycyjny zegarek. Słuchałem, jakie ma lęki: czy nikt się nie spóźni, czy nie będzie chciał wyjść do toalety, czy nie będzie chciał za szybko oddać kartki.
I jak po egzaminie opowiada, że nauczyciel obserwujący z innej szkoły, siedzący na końcu sali, przysypiał i widać było, jak mu głowa opada. Jak wszyscy z komisji muszą siedzieć w milczeniu i nie wolno im wstać. Jak nagle sama czuje, że za chwilę zasłabnie, ale przypomina sobie, że ma w szufladzie cukierki, które dostaje przy okazji urodzin kogoś z klasy – mogą mieć już parę miesięcy, ale sytuacja jest nadzwyczajna. Po omacku trafia na jednego, odwija powolutku, bo jednak szeleści, i prast! Szybkim ruchem wkłada do ust. Zozol! Trudno, najważniejsze, że cukier w organizmie wraca do normy i udaje się dociągnąć do końca.
A właściwie po co ona – przewodnicząca komisji egzaminacyjnej – tam jest? A pozostali członkowie – po co? Żeby pilnować procedur spisanych na wielu stronach regulaminu? No tak, to ma sens.
A egzaminowanym uczniom po co jest potrzebna? Czy zapamiętają z egzaminu jakiś ludzki odruch szanownej komisji? Jakiś żart czy anegdotę, która pomoże rozładować stres (choćby i nieudany żart, jak z tą kozą)? Czy ktoś im spojrzy w oczy i poda pytanie pomocnicze, kiedy widzi, że z Laurą kiepsko, a i z Filonem nietęgo?
Pamiętają może państwo robota kolejkowego „Ewę 1” z serialu Alternatywy 4? Pionierski wynalazek, ale czasy się zmieniły i robot kolejkowy nie miałby współcześnie wielkiego wzięcia. Za to taki robot egzaminacyjny? Na przykład „Bozowska 1”? Tyle teraz grantów na nowe technologie dają…
Ryszard Bieńkowski