
Ostatnio usłyszałem w radiu, że pracodawcy mają duży kłopot ze znalezieniem rąk do pracy. Stopa bezrobocia w Polsce jest dość niewielka i wynosi zaledwie 5,8 proc., więc te kłopoty specjalnie nie zaskakują. Pracodawcy nie szukają jednak speców od zarządzania i marketingu, historyków, socjologów, ekonomistów czy filologów, ale specjalistów średniego szczebla, ludzi, którzy mają w ręku konkretny fach: elektryków, monterów, spawaczy, operatorów sprzętu do robót ziemnych, mechaników. Ciekawa wydała mi się też informacja podana w tymże serwisie, że aż 50 proc. osób (sic!) w naszym kraju nie pracuje w swoim wyuczonym zawodzie. Doszedłem do ryzykownej być może konkluzji, że coś z systemem edukacji w Polsce jest nie tak…
Pod koniec lat 80. wyższe wykształcenie miało około 7 proc. polskiego społeczeństwa i ten współczynnik był oczywiście zdecydowanie za niski. Brakowało specjalistów z różnych dziedzin. Skończenie studiów w latach 90. rzeczywiście ułatwiało, a w zasadzie gwarantowało znalezienie pracy. Obecnie wyższe wykształcenie ma około 40 proc. osób w wieku 24-64 lat! Prestiż wyższych studiów zdecydowanie zmalał. W powszechnej opinii studia są w zasadzie dla każdego, a nie wyłącznie dla osób uzdolnionych w jakiejś dziedzinie. Ale co ciekawe – obniżenie wartości wyższego wykształcenia nie wpłynęło prawie w ogóle na aspiracje edukacyjne rodziców wobec ich latorośli.
Aż 84 proc. rodziców chce, aby ich córka skończyła studia, a 80 proc. chce dyplomu dla swojego syna. Tylko niewielka grupa rodziców pragnie, aby ich dziecko zdobyło solidny fach, kończąc średnią szkołę zawodową: 8 proc. badanych rodziców chce takiej przyszłości dla swojej córki, a 11 proc. dla syna. I trzeba zaznaczyć, że to duża zwyżka, bo jeszcze na początku pierwszej dekady obecnego stulecia takiej przyszłości dla swojego dziecka chciało zaledwie około 4 proc. rodziców.
Dzieci rzeczywiście realizują rodzicielskie aspiracje. W roku akademickim 2025/2026 studiowało w Polsce 1,3 mln osób. To o 3,3 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Główny Urząd Statystyczny podaje, że liczba studentów w Polsce rośnie nieprzerwanie od 5 lat. Największym zainteresowaniem cieszą się takie kierunki jak biznes, administracja, prawo, zdrowie, nauki społeczne, dziennikarstwo i informacja. Pytanie tylko, czy po skończeniu tych kierunków będzie można znaleźć pracę?
Jako tata dwóch chłopaków miałem podobne aspiracje w stosunku do swoich dzieci jak inni rodzice w Polsce. Nie wyobrażałem sobie, że moje dzieci mogłyby nie skończyć studiów. Ale nie skończą. Moje rodzicielskie edukacyjne aspiracje nie miały dla nich żadnego znaczenia (i bardzo dobrze, bo to ich życie, a nie moje). Wydaje mi się, że chłopaki lepiej wyczuły puls współczesności niż ja. Starszy pracuje jako stolarz, a młodszy wkrótce zostanie kucharzem. Kilka dni temu sprawdziłem – tak dla sportu – w serwisie internetowym Barometr zawodów, czy w tych zawodach łatwo w Polsce o pracę. Okazało się, że… bardzo łatwo. W większości regionów Polski brakuje zarówno stolarzy, jak i kucharzy. Sztuczna inteligencja z rynku pracy na pewno moich dzieci nie wykosi.
Kiedyś kolega, z którym studiowałem polonistykę i który po studiach zaczął pracować w branży… transportowo-logistycznej, opowiadał mi, że jeden z kierowców w jego firmie jest z wykształcenia filozofem. Studiował filozofię, bo to była jego pasja, wiedział jednak, że jako filozof na chleb raczej nie zarobi. Został zatem kierowcą tira. Ale w kabinie ciężarówki miał półeczkę, na której stały równo poukładane dzieła Platona, Monteskiusza, Nietschego, Szestowa i Heideggera. I zaglądał do tych książek, pijąc kawę na parkingu przy autostradzie…
Może to jest jakaś droga? Oddzielenie edukacji od sfery zawodowej? Studiuję dla siebie, żeby się rozwijać i pogłębiać swoje zainteresowania, a równolegle zdobywam jakiś konkretny fach, który pozwoli mi się w życiu utrzymać.
Bo na rynku pracy więcej waży elektryk niż filozof. Choć jeśli elektryk będzie miał przy okazji dyplom ukończenia studiów filozoficznych, to nikomu nie powinno to chyba przeszkadzać.
Paweł Mazur