Postaw na edukację

12.06.2026

Trzy procent podwyżki

Czyli rydz wcale nie jest lepszy niż nic

Trzy procent podwyżki

Moja mama przepracowała całe życie w szkole. Nie z przymusu, nie z konieczności, ale z rzeczywistej pasji. Miała to tego dryg i tę robotę naprawdę kochała, choć oczywiście utyskiwała co jakiś czas na pensję (to był czas schyłkowego PRL-u) i zwykle poza szkołą gdzieś jeszcze sobie dorabiała (a to w drugiej szkole, a to w bibliotece itd.). Do utyskiwań dotyczących zarobków nauczycieli byłem więc od dziecka przyzwyczajony, choć nie zraziło mnie to do wyboru studiów… nauczycielskich (sic!). Choć w tamtym czasie (początek demokratycznej Polski) tak naprawdę liczyło się to, co się będzie studiować, a nie to, co się będzie po tych studiach robić. A ja chciałem studiować polonistykę i już. Studia jednak nadspodziewanie szybko minęły i twarda rzeczywistość zapukała do drzwi. Pojawiło się pytanie: co w życiu robić? Kręciłem się po różnych gazetowych redakcjach, ale na etat tam niespecjalnie miałem szanse.

Skończyłem studia ze specjalnością nauczycielską, więc naturalne było zatrudnienie się na stałe w szkole. Po niemałych trudach znalazłem pracę w liceum dla osób dorosłych. I do dziś pamiętam swoją pensję: 300 zł (może z jakimś kawałeczkiem) na rękę! To był 1996 rok i wówczas przeciętne wynagrodzenie wynosiło w Polsce 873 zł brutto, czyli… 686 zł netto. Moja pierwsza szkolna pensja wynosiła połowę ówczesnego przeciętnego wynagrodzenia.

W liceum dla pracujących zajęcia odbywały się po południu, więc rano nadal kręciłem się po gazetowych redakcjach i z tego kręcenia urodziła się propozycja etatu w lokalnym oddziale ogólnopolskiej popołudniówki. Zaproponowano mi pensję w wysokości… 750 zł netto. W porównaniu z tym, co dostawałem w szkole, były to pieniądze wręcz niepojęte. Rzuciłem więc szkołę w diabły i już nigdy do niej nie wróciłem (czego czasem żałuję).

A te wynagrodzeniowe wspominki przyszły mi do głowy po lekturze doniesień o planowanych podwyżkach dla nauczycieli. Ta podwyżka ma wynieść… 3% (słownie: trzy procent). Przekładając to na konkretne kwoty, wychodzi na to, że nauczyciel początkujący dostanie 159 zł więcej, mianowany 164,07, a dyplomowany – 192 zł! (oczywiście wszystkie kwoty brutto). Donald Tusk twierdzi, że chciałby dać więcej, ale… nie może. Związkowcy (m.in. ZNP) nie chcą z kolei słyszeć o podwyżce mniejszej niż 15%.

Oczywiście podwyżka wynosząca 3% to jest śmieszna jałmużna (inflacja ma wynieść 2,5%), za tę kwotę nie zrobi się nawet porządnych zakupów w supermarkecie na weekend. Ale nawet podwyżka w wysokości 15% nie rozwiąże problemów polskiej edukacji. Przypomnę, że według MEN w polskich szkołach jest obecnie 3609 wakatów (najwięcej w dużych miastach; brakuje głównie matematyków, polonistów i anglistów), średnia wieku nauczycieli w klasach V–VIII to 48 lat, a jedynie 4% nauczycieli ma mniej niż 30 lat! Niepojące jest też to, że co trzeci nauczyciel, który odszedł z zawodu w ostatnich latach, miał mniej niż 5 lat stażu!       

Mnie osobiście poraża też rynek korepetycji. Niektórzy szacują jego wartość na 8 miliardów złotych (są rodzice posyłający na korepetycje dzieci w klasach I–III!). Tak rozbudowany rynek korepetycji to widoczny znak, że system traci swoją wydolność, i dowód na to, że równy dostęp do edukacji to tylko mrzonka.

Polski system edukacji wymaga więc gruntownej przebudowy. Zróbmy to, co Finowie zrobili kilkadziesiąt lat temu. Podnieśmy prestiż zawodu nauczyciela. Przebudujmy system kształcenia zawodowego i sprawmy, by do tej profesji dostać się było niezwykle trudno. Niech do pracy w szkole trafiają the best of the best, tak jak to się dzieje w Finlandii (w polskich szkołach i w obecnych warunkach jest mnóstwo świetnych nauczycieli, ale też trafiają się osoby przypadkowe i nie do końca do tego zawodu predestynowane). I oczywiście odpowiednio tę pracę wynagrodźmy, bo grosikami prestiżu się nie zbuduje. Jeśli ktoś zada pytanie: czym się zajmujesz? i usłyszy odpowiedź: jestem nauczycielem, to niech w jego oczach pojawi się podziw zachwytu pomieszany z zazdrością. Wtedy wszystkie problemy rozwiążą się same. To byłby proces kosztowny i długoletni, ale naprawdę dla nas wszystkich opłacalny.

W Polsce to niestety marzenie ściętej głowy…     

Paweł Mazur

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.