Postaw na edukację

21.07.2017

Sezon ogórkowy

Czyli o podręcznikach, zeszytach w kratkę i sprawiedliwości społecznej

Sezon ogórkowy

Wakacje w pełni. Dzieci snują się po osiedlach, grupują przy trzepakach i jakoś zabijają czas. Nie przypuszczają jeszcze (bo dopiero minęło połowa lipca), że wolno płynący czas to złudzenie. Ani się obejrzą, a nagle nie wiadomo z czego zrobi się końcówka sierpnia! Akurat wczoraj spacerowałem z psem po sąsiednim osiedlu (bliżej lasu, a dalej od ruchliwej ulicy) i miałem okazję poobserwować, jak dzieci spędzają wolny czas. Choć, prawdę mówiąc, poza kilkoma parami siedzącymi na ławeczkach albo spacerujących tak jak ja z psem, zobaczyłem tylko jedną większą grupkę, przy trzepaku właśnie. Czyżby większość powyjeżdżała na obozy i kolonie? Oby, bo inaczej może to oznaczać, że siedzą przed telewizorem albo przy komputerze. W każdym razie moja przypadkowa obserwacja nie pozwala wyciągnąć żadnych miarodajnych wniosków. Może poza jednym – czas płynie na osiedlu leniwie. I dobrze, gdzie ma się śpieszyć?

A tymczasem są miejsca, w których nawet w wakacje trwa wyścig. W jednych to rzeczywiście wyścig z czasem, a w innych – wyścig o klienta. Do tych pierwszych należą wydawnictwa, które po pracowitej wiośnie, kiedy w szaleńczym tempie przygotowywały podręczniki dla uczniów nowej szkoły podstawowej, wcale nie spoczęły na laurach. Po podręcznikach przyszedł czas na zeszyty ćwiczeń i materiały pomocnicze. Ze wszystkim trzeba zdążyć do września, więc czasu nie ma dużo.

Miejscami, w których toczy się walka o klienta są sklepy ze szkolnymi akcesoriami, a zwłaszcza supermarkety, w których już od początku lipca można kupić na przykład zeszyty wystawione do wyboru do koloru w ogromnych koszach. Ostatniej niedzieli postraszyłem takim koszem moją córkę.

Po raz pierwszy podręczniki i zeszyty ćwiczeń do wszystkich klas szkoły podstawowej i gimnazjum są zakupywane przez państwo. Rodzice już nie ponoszą na nie wydatków. Tym samym zniknął ulubiony temat dziennikarskiego sezonu ogórkowego. Żurnaliści z braku miododajnej pszczoły wzięli się za przeliczanie kosztów plecaków, zeszytów w kratkę i w linie, ołówków, długopisów i trampek. Do tej pory co roku można było przeczytać w prasie, ile to rodzice muszą wydać na podręczniki i jakie to obciążenie dla domowego portfela. Temat był najwidoczniej nośny i społecznie ważny, bo od kiedy pamiętam, pojawiał się w prasie. Z jednej strony rozumiem, że jednorazowy wydatek kilkuset złotych to obciążenie dla rodzinnego budżetu. Ale z drugiej nie potrafię pojąć, jak to możliwe, że ta społeczna niechęć do wydawania pieniędzy na dzieci związana jest z zakupem akurat książek. Przecież na cotygodniowe korepetycje w trakcie roku szkolnego wydaje się znacznie więcej. Koszt smartfona („obowiązkowego” w dzisiejszych czasach) to też dużo więcej. Tymczasem całe zło przypisywano podręcznikom. Moja teoria jest taka, że po prostu nie lubimy kupować książek. Potwierdzają to i obserwacje księgarzy, którzy bazują raczej na stałych klientach niż na szerokiej rzeszy kupujących, i raporty na temat czytelnictwa. Książka nie jest cenionym artykułem, dlatego przymus kupowania podręczników był solą w oku Polaków.

No ale to się już skończyło. Mamy rynkową regulację, która polega na tym, że nie płacimy za książki naszych własnych dzieci, ale płacimy (przez podatki) na książki wszystkich polskich dzieci. Jak wiadomo „wszystkie dzieci nasze są”, można więc to uznać za społeczną sprawiedliwość.

Inna interpretacja tego, skąd są brane pieniądze na zakup podręczników ma już nieco mniej wspólnego ze sprawiedliwością społeczną. Bo program darmowego podręcznika został poprzedzony wprowadzeniem 5% VAT-u na wszystkie książki (obowiązuje od 2011 roku). Może być więc tak, że pieniądze na zakup podręczników dla uczniów pochodzą, przynajmniej w części, z kieszeni tej garstki czytelników, którzy jeszcze kupują książki. A to już sprawiedliwe nie jest, bo dotyka grupę prawdopodobnie bardziej potrzebującą jakiegoś wsparcia (choćby niedopłacania VAT-u do każdej książki) niż ci, których wspierają przez swoja 5% dopłatę.

Przypomina mi się wiersz Andrzeja Waligórskiego. Mowa w nim co prawda o polonistach, ale w dużej części jest to przecież grupa tożsama tej, która kupuje i czyta książki. Może więc List w sprawie polonistów być traktowany, jako „List w sprawie miłośników książek”. Tak na pocieszenie.

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.
Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?
Choćby szukał racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…
Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.
Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.
A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…
Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!
Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!
Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie
Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.
Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

Ryszard Bieńkowski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

captcha

Proszę wprowadzić kod z obrazka

  1. Małgorzata napisał(a):

    Co do dzieci na osiedlach, to nie jest tak źle. Chodzę często na spacery z psem i obserwuję. Dzieci są. Trzepaki zajęte. Co do książek, to ceny za wysokie, a tyle innych pokus. Dobry sposób na książkę – to prezent.