Postaw na edukację

24.08.2017

Lektura nie jest po to, żeby ją lubić

Czyli teoria zniechęcania do czytania w praktyce

Lektura nie jest po to, żeby ją lubić

Adama Mickiewicza poznałem, zdaje się, w 4 klasie szkoły podstawowej. Nie pamiętam tylko, czy pierwsza była Pani Twardowska czy Przyjaciele. Obu wierszy uczyłem się na pamięć i ta nauka nie poszła w las, bo pamiętam je do dziś. Przypominam też sobie z podstawówki Redutę Ordona i Śmierć Pułkownika – poruszające wiersze o bohaterstwie. Później moja znajomość z Mickiewiczem przechodziła gorsze chwile, pełna była wzajemnej niechęci. Muszę przyznać, że wina leżała po mojej stronie. Dziadów. Część II przeczytałem z przymusu. Gdzie tam im do Pani Twardowskiej! Trudne, niejasne, gorzkie w odbiorze, bez happy endu. Później był Pan Tadeusz – i to już była trauma. Pamiętam, że nie doczytałem do końca (chyba utknąłem na drugiej księdze) i dostałem 2 ze znajomości lektury. Ostatecznie przeczytałem do końca, ale bez przyjemności. Nic mnie nie zachwyciło, ani sielskie opisy przyrody, ani mistrzowskie odmalowanie postaci i grup społecznych, ani akcja fabularna, ani nawet wątki kulinarno-biesiadne. Nic. Łatwo zwalać winę na nauczyciela, że nie potrafił w nas (bo nie byłem sam) poruszyć tej struny, na którą Mickiewicz skomponował swój utwór. A może byliśmy na to za młodzi? Później na studiach ćwiczenia z romantyzmu były dla mnie jak zejście z manowców na bitą prostą drogę. Pan Tadeusz – arcydzieło. Dziady (zwłaszcza część III) – arcydzieło arcydzieł. No tak, ale byłem już po akademickim kursie poetyki i teorii literatury, na których nauczyłem się przykładać właściwe narzędzia do odpowiednich miejsc. Okazało się, że młotek i obcęgi, których obsługi nauczyłem się w szkole podstawowej, to na Mickiewicza za mało. Jeszcze na zabawną balladę i bajkę z morałem wystarczą, ale na epopeję narodową i dramat romantyczny już nie.

Nie chciałbym być na miejscu osób układających listę lektur obowiązkowych. Inna sprawa, że jestem przeciwnikiem układania takich odgórnych list i wpisywania ich do ustaw i nigdy nie dałbym się namówić na taką działalność. Ale rozumiem, że ktoś może mieć inne zdanie i uważać, że taka lista jest potrzebna. Wyobrażam sobie, że powinny to być osoby dobrze przygotowane do roli, którą wzięły na swoje barki – zarówno pod względem dydaktycznym, pedagogicznym, etycznym, jak i od strony znajomości upodobań dzieci w wieku szkolnym. Rolą takiej osoby powinno być chyba wyważenie racji i znalezienie kompromisu między tymi wszystkimi potrzebami.

Bo wyobraźmy sobie, że w tej grupie są osoby znające się tylko na dydaktyce nauczania języka polskiego, ale nieogarniające świata współczesnych kilku- i kilkunastolatków. Niewykluczone, że ktoś taki za wszelką cenę chciałby zmieścić wśród lektur na przykład Katarynkę Bolesława Prusa – jako utwór doskonale nadający się do omówienia cech gatunkowych noweli. Jest co prawda wiele innych, może bardziej odpowiednich nowel, ale ten ktoś jest przeświadczony, że właśnie Katarynka nadaje się najlepiej do nauczenia dzieci, czym jest nowela. I od 1 września cała Polska czyta Katarynkę. Jaki będzie tego efekt? Na przykład taki, że na egzaminie 99% uczniów zapytanych o nowelę wymieni Katarynkę – omówi jej cechy, błyśnie znajomością fabuły, jednak nie będzie znało innych nowel. Ja na takiej liście obok Katarynki zamieściłbym dodatkowo 10 innych utworów do wyboru, a na końcu dopisałbym jeszcze „lub inna nowela”. Oczywiście narobiłbym kłopotu autorom testów egzaminacyjnych, ale w końcu to tabakiera jest do nosa czy nos do tabakiery?

Czytając nową listę lektur dla szkoły podstawowej, mam wrażenie, że jej twórcy zupełnie zignorowali preferencje czytelnicze młodych ludzi. Przeważyło podejście dydaktyczno-wychowawcze, w którym akcja, przygody czy emocje okresu dojrzewania są dopuszczalne tylko, jeśli pojawiają się przy okazji występowania „głębszej” problematyki. Tam wrażenie!

Uczestnicząc w „konsultacjach” z przedstawicielami ministerstwa na temat „dobrej zmiany w edukacji”, miałem okazję słyszeć głównego animatora zmian w nauczaniu języka polskiego,  Andrzeja Waśkę, który powiedział mniej więcej to, że należy skończyć ze schlebianiem gustom uczniów. Za owo „schlebianie” uznał omawianie lektur czytanych przez uczniów dla przyjemności.

„Lektura nie jest po to, żeby była łatwa i przyjemna” (to nie jest dokładny cytat, ale zawiera sedno wypowiedzi). Takie postawienie sprawy jest moim zdaniem dużym błędem, za który będziemy płacić dalszym spadkiem czytelnictwa. Zwłaszcza że twórcy podstawy programowej zupełnie zignorowali edukację czytelniczą, nie wpisując jej do celów kształcenia i zadań szkoły. Co zresztą można uznać za uzasadnione, bo archaiczne lektury nie mają zachęcać do samodzielnego czytania, ale do zaznajamiania z obowiązującym kanonem i wyrabianiem wspólnego kodu kulturowego (vide Katarynka).

Tymczasem zagadnienie: czytać to, co się lubi, a czytać to, co wartościowe wcale nie jest aż tak ze sobą sprzeczne, jak się niektórym wydaje. Kilka lat temu wraz z koleżanką namówiliśmy 1400 klas z całej Polski (ze szkół podstawowych i gimnazjów) do przesłania nam klasowego rankingu 10 najchętniej czytanych książek. Otrzymaliśmy w ten sposób ponad 700 tytułów książek (podkreślam to, bo liczba wydaje mi się imponująca), wśród których na pierwszych miejscach rzeczywiście znalazły się książki przygodowe (choć i Władca pierścieni, i Opowieści z Narnii, i jeszcze kilka innych z czołówki nie są wyłącznie przygodowe), ale bardzo liczne wskazania miały też książki trudniejsze w przekazie. Przykład Tego obcego Jurgielewiczowej pokazuje, że tematyka konfliktów wewnętrznych może być nośna także poza dramatem antycznym – jeśli jest przedstawiona w taki sposób, że młodzi ludzie zobaczą go też w bohaterach podobnych sobie. A Oskar i pani Róża E. E. Schmitta, książka, która również znalazła się wysoko w naszym rankingu, udowadnia, że młodych ludzi interesują nie tylko proste perypetie i łatwe rozwiązania.

Czy można mieć nadzieję, że uczniów z drugiego dziesięciolecia XXI wieku zainteresuje na przykład tematyka indiańska, tak licznie reprezentowana na nowej liście lektur? Przypomina się sytuacja z lat 60. i 70. ubiegłego wieku, kiedy ówcześni twórcy obowiązkowego kanonu lektur doszli do wniosku, że młodzież lubi westerny, interesuje się dzikim zachodem, więc może się uda znaleźć w naszej literaturze coś o podobnej tematyce. I znaleziono – Sachem Henryka Sienkiewicza. Tylko, że po pierwsze zanim Sachem weszło do kanonu, to młodzież zmieniła zainteresowania, a sam indiański bohater noweli Sienkiewicza nie zdołał przekonać do siebie młodzieży. Oby Winnetou się to udało.

Ryszard Bieńkowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

captcha

Proszę wprowadzić kod z obrazka

  1. Dariusz napisał(a):

    Całkowicie się z Panem zgadzam, „nowa” lista lektur jest poważnym nieporozumieniem w kontekście wyzwań współczesnej szkoły i wymagań świata XXI wieku, nie sądzę, aby sprzyjała zwiększeniu czytelnictwa. Opór prof. Andrzeja Waśki wobec zapotrzebowań estetycznych i tematycznych młodych ludzi jest dla mnie niezrozumiały.

  2. Agnieszka napisał(a):

    Panie Ryszardzie, powieści o tematyce indiańskiej niestety chyba już nie dla naszych teraźniejszych uczniów, choć ja je osobiście uwielbiam. Powinny je zastąpić powieści dziejące się w świecie zombi, może by taka powieść ktoś przeczytał w 5 lub 6 klasie 🙂
    A jeszcze powiem, że w przeciwieństwie do Pana uwielbiałam w podstawówce „Pana Tadeusza”, przeczytałam go wtedy ze 3 razy, tak samo i Prusa, i Sienkiewicza, no ale ja nietypowa byłam, bo czytałam namiętnie wszystko, co wtedy było w bibliotece. I „Dziady” cz.II też lubię i lubię je czytać z uczniami. Da się.

  3. Iza napisał(a):

    Zgadzam się. Ten, kto układał obecną listę lektur nie szanuje ani nie lubi młodzieży i nie docenia jej buntowniczej siły. Warto, by przeczytał ponownie i uważnie „Syzyfowe prace” – niczego siłą młodym ludziom wbrew ich woli nie da się skutecznie wcisnąć bez odrobiny szacunku i sympatii dla ich potrzeb. A do niektórych lektur trzeba dorosnąć – ja też zachwyciłam się kunsztem „Pana Tadeusza” dopiero na studiach. Czytanie fragmentów – ok, ale całość w podstawówce…? Dobrze, że pan Wajda zdążył nakręcić świetny film, może jakoś wspólnie z młodzieżą sobie poradzimy, chociaż zawsze byłam przeciwnikiem oglądania zamiast czytania. Nigdy tak nie robiłam, a teraz zostanę zmuszona, bo wiem, jakie możliwości czytelnicze mają współcześni uczniowie.